Nigdy nie myślałam o tym, dlaczego nie piję kawy. Chyba dlatego, że nie przyzwyczaiłam się do tego. Jej smak ani zapach jakoś specjalnie mnie nie zachwyca. Nie to, że odrzuca. Ale średnio lubię. Poza tym mam wrażenie, że kawa nie działa na mnie tak, jak na większość ludzi. Nigdy nie odczułam, żebym miała po niej więcej
Spróbuj więc zjeść jakiś konkretny posiłek, np. obiad, i po nim napij się piwa. Jeśli i to nie pomoże, należy przypuszczać, że masz problem z florą bakteryjną zamieszkującą przewód pokarmowy, szczególnie że odczuwasz kilka dni taki zapachowy dyskomfort. Nietypowy zapach z ust, podobny do alkoholu jest charakterystyczny dla
Po pierwsze: nikotyna wpływa na naszą pamięć. Po drugie: w połączeniu z alkoholem, który pijemy, zmniejsza się poziom dopaminy. Nikotyna i alkohol spożywane osobno zwiększają jej poziom, ale razem efekt jest już odwrotny. W rezultacie, kiedy pijemy, musimy również palić. Pijemy alkohol, który wywołuje pozytywne wspomnienia
Mam wielką przyjemność brać w niej udział. Dlaczego użyłam słowa „przyjemność”? Bo kampania to nie tylko rozmowy w formie podcastów ale także świetny przewodnik dla rodziców „Jak rozmawiać z dzieckiem o alkoholu” dostępny online na stronie trzymajpion.pl, dzięki czemu i ja wiele się nauczyłam.
no nie,po wypiciu ok. 5 piw lub ok 200 ml wódki to się objawia. ale dzięki, miki150, za radę -spróbuje zrobić badania. napisał/a: katpat 2010-11-15 23:34. Mam podobny problem, tylko ze ja po jednej szklance wina albo po 2 piwach, na drugi dzien boli mnie glowa i nic nie pomaga. Zauwazylam rozniez ze moje oczy sa lekko zólte.
Odstawienie kawy to wybór. Nie każdy musi podjąć się tego wyzwania, aby poczuć się lepiej. Czasami można zmienić inne nawyki, które również wpłyną na zdrowe funkcjonowanie. Jednak dla Tobiasa odstawienie kawy i alkoholu było życiowym przełomem. „Ogólnie jestem bardzo zadowolony z mojej decyzji i nie chcę ponownie pić.
. Ula Chincz zaczynała swoją karierę w TVP, gdzie przez jakiś czas prowadziła "Pytanie na śniadanie" u boku Tomasza Kammela. Po latach związała się z konkurencyjną stacją TVN. Regularnie gościła w paśmie porannym i była brana pod uwagę jako prowadząca "Big Brother", choć ostatecznie prowadzącym odświeżony format został Filip Chajzer. Dziś dziennikarka aktywnie działa na You Tubie, gdzie ma swój kanał "Ula Pedantula", gdzie chętnie porusza tematy dotyczące prowadzenia dziennikarka jest szczęśliwą żoną Sławomira Chińcza i matką dwóch synów. Przypomijmy: Ula Chincz URODZIŁA!Dalsza część artykułu pod materiałem wideoZobacz także: Woda, soda i piłeczka tenisowa, czyli czas na wiosenne porządkiDziennikarka niespodziewanie podzieliła się ze swoimi widzami wyznaniem, że od dwóch lat nie pije alkoholu. Zdradziła, że zrobiła to głównie w trosce o swoje motywacja była przede wszystkim zdrowotna. Muszę przyznać, że ten alkohol towarzyszył mi prawie codziennie w bardzo niewielkich ilościach. To się tak ładnie na to mówi "francuski alkoholizm", czyli lampka wina do kolacji, ale okazywało się że ta lampka wina do kolacji jest co wieczór i jak jej nie ma to jakby czegoś brakuje. I to się już robiło takie trochę niepokojące. (...) Zrobił się z tego jakiś rodzaj rytuału i kiedy go nie było to odczuwałam jakiś brak i to mi się wydało takie lekko niepokojące - opowiada na swoim wyznała, że postanowiła uwolnić się od alkoholu stopniowo, choć początkowo wymagało to od niej pewnego było mi super łatwo. Były takie wieczory, że siedział koło mnie Sławek, który pił białe wino z kostką lodu i pływającą w środku malinką czy truskawką, i to było tak kuszące. Ale mówiłam sobie: "stop, poczekaj 5 minut aż ci przejdzie" - jakość naszego artykułu:Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze i super. Nawet małe porcje alkoholu degenurują układ nerwowy. Naprawdę bez tego się da żyć. Oby nareszcie to się stało modne i fajne a nie na odwrót, żeby nie było trzeba reklamować kroplówek na kaca... To ciekawe, że mogę utożsamić się z wieloma komentującymi tutaj. Dotychczas uważałam, że to mój intymny problem. U mnie również zaczęło się niewinnie, od 1-2 piwka na wieczór (codziennie), po nawet jedną butelkę rozwodnionego wina - i tak przez ostatnie 6 lat... Nie powiem - zauważalam to, ale ciśnienie na wypicie było silniejsze. A że mieszkałam "nad Żabką" - to zejście po alko zajmowało mi 3 minuty z wróceniem do mieszkania. Patrząc wstecz - miałam epizody niepicia - głównie za sprawą diety - na którą non stop przechodziłam. W notatniku zapisane "nie piję od tygodnia, jest ciężko ale dam sobie radę" , rok później to samo "nie piję od dwóch tygodni, bla bla bla" . Nie zwróciłam się po pomoc. Zamiast tego mówiłam o tym znajomej, siostrze czy mężowi. Oni wszyscy mówili: "nie, nie masz problemu, nie gadaj, nie jesteś alkoholikiem - alkoholik nie mówi że jest alkusem" . I tak to się non stop toczyło, mimo, że wiedziałam, że ciągnie mnie to na dno. Przytyłam mocno, moje ciało stało się opuchnięte. Codziennie zapuchnięta buzia. Przez ostatnich 8 lat przytyłam 18 kg. W tym roku coś we mnie na poważnie pękło. Przygotowywałam się na to 2 lata. Stopniowo, po prostu mniej piłam. Od marca tego roku przestałam całkowicie. Nie ciągnie mnie, a co najważniejsze - po prostu alkohol przestał mi smakować. To wyzwalające. Poradzę sobie, to wiem - wybralam życie w trzeźwości. Zostały jeszcze 3 nałogi do porzucenia, nie jest łatwo. Ale widzę, że warto. Moje myślenie o sobie uległo zdecydowanej poprawie - nagle po prostu LUBIĘ SIEBIE. A co najważniejsze.... zniknęły CAŁKOWICIE (!) myśli samobójcze/katastroficzne, które przychodziły niespodziewanie w różnych momentach dnia lub nocy. Lubię siebie. Polecam te uczucie każdemu, bo kiedy w końcu przychodzi - jest jak core memory - i powoduje, że chcesz żeby trwało nieprzestanie. Trzymam kciuki za Wasze historie - spróbujcie, zawalczcie o siebie dziewczyny, naprawdę warto. I bardzo dobrze, do uzależnienia jest czasami krótka droga. Ja jak sobie pozwolę na piwo czy wino to wybieram bezalkoholowe - jest teraz taki wybór i smakowo nie jest po prostu alkoholizm. Umniejsza jego randze mówiąc o nawyku albo dodając określenie francuski i podśmiewujac się, a to też uzależnienie. Jedni piją na umor w ciągach, inni piją weekendowo, a inni codziennie trochę tylko. Wszystko to uzależnienie. Strasznie wkurza mnie natrętne pytanie dlaczego nie piję. Bo może na odwyku albo chora??? - ktoś zadaje pytanie i czeka na odpowiedź. A tu nie ma powodu. Tak jak nie ma powodu dlaczego ktoś nie jada miodu albo pomidorówki......Dorosły człowiek musi zastanawiać się co odpowiedziećNajnowsze komentarze (115)Niestety w naszym kraju jak nie pijesz,stajesz się odludkiem .Nie pije dwa lata,nie raz słyszałem za plecami od ludzi którzy pili i piją więcej niż ja w końcu płeć zmienił. 9 miesięcy była w ciąży wiec nie piła bo nie wypada potem karmiła i tez nie piła bo nie powinna i sie dziewczyna odzwyczaila Łatwo wpaść w nałóg , choćby to były małe ilości. Inna sprawa że ludzie od wieków tak pili. Weźmy starożytność i później . Ja przyznaje otwarcie ze nie wyobrażam sobie tygodnia lub dwóch bez wina. Nie zamierzam nic z tym robić, bo w takim razie kawiarze powinni rzucić kawę, palący papierosy, łasuchy słodycze. Jeśli to nie niszczy mi życia a daje przyjemność to nawet jeśli nie jest super zdrowe, nie chce rezygnować. Jestem dorosła i mam prawo tak zdecydować. Ładna. Jak Meryl Streep i Tilda Swinton. Popieram. Tez pozegnalem alko. Dzis sie zastanawiam po co w ogole pilem? Trucizna w kazdej dawce, a czliwiek w siebie ma brzydki profil, poza tym nie byłoby jej gdyby nie ojciec, bo zaszła w ciążę,może karmi jeszcze to nie pije, a wy się podniecacie! Urodziła w listopadzie 2020 to już pewnie w ciąży była jak "rzucała stopniowo"🤣Brawo Ula,respect!Codzienna mała dawka alkoholu pułapka są drinki,kolorowe,smaczne ,z "prądem "który pobudza endorfiny,jest taki piękny świat dookoła...Wróciłam wczoraj z urlopu,widziałam bardzo dużo kobiet z kolorowym piwem ,przez słomkę ,soczek dodany do piwa zakłamuje moc alkoholu,jest uzalezniaja się szybciej niż się że takie medialne osoby mają odwagę napisać to co i SlaskW Polsce wszyscy piją. Dlatego tam Nie mieszkam Polaków wesela to koszmar. Jak nie pijesz to jesteś trędowaty. W Polsce wszyscy piją. Dlatego tam Nie mieszkam Polaków wesela to koszmar. Jak nie pijesz to jesteś trędowaty.
Bo jest smaczny, przyjemnie rozluźnia, dodaje animuszu, łagodzi kompleksy, "leczy" nieśmiałość, podkręca życie towarzyskie. I co to w ogóle za pytanie? Cóż, czasem odpowiedzi na banalne pytania mogą nas bardzo zaskoczyć… A może warto zastanowić się nie "dlaczego", ale "po co" pijemy? Tomek, 32 lata: Piję dla rauszu, bo jest przyjemny. To jest prawdziwa zabawa - totalne rozluźnienie, śmiech z trzewi. Dla mnie alkohol to rozrywka. Nie lubię tylko przesadzać. Rausz wystarczy. Krzysztof, 45 lat: Piję whisky, ostatnio burbon. Dlaczego? Bo mi smakuje, bo jest wyrazista, lekko słodka, właściwie każda ma inny smak. Żeby się nim delektować wystarczy odrobina w szklaneczce, i tyle teraz pijam. Czasem piwo, ostatnio pszeniczne, ale też tylko dla smaku, bo większe ilości są za ciężkie na żołądek. Kiedyś pijałem po butelce bardzo dobrego piwa po pracy, na rozluźnienie, ale gdzieś tak po dwóch tygodniach przestało mi smakować i sobie dałem spokój. Jak byłem bardzo młody to zależało mi, żeby poszaleć, popisać się. Teraz już nie lubię się upijać. Choć z fajnym towarzystwem, gdy jest zabawa to nawet bym mógł. Piotr, 38 lat: Pijemy z żoną wino do obiadu czy kolacji. Bo jest smaczne, bo to taki nasz rytuał. Czasem umawiam się z kolegami na picie. Wtedy piwo plus wódka. I jest to naprawdę spotkanie na picie, reszta - oglądanie meczu, jakieś gry, nawet gadanie - to tylko dodatek. Wtedy idziemy na całość. Mam też na swoim koncie, choć to dość odległe czasy, "tripy" z cyklu: sześciopak, Internet i ja. Picie, słuchanie muzyki, totalne wyłączenie, poza czasem, ludźmi, sprawami, problemami. To typowe odpowiedzi i ta przyjemna, bezpieczna strona używania alkoholu. Dla większości ludzi spotkanie z trunkiem właśnie tak wygląda. Nawet pewne fizyczne dolegliwości, odczuwane następnego dnia, jeśli ciut przeholowaliśmy z ilością alkoholu, są ceną do przyjęcia za fantastyczne chwile spędzone w przyjaznym gronie, trochę podkręcone i podkoloryzowane procentami. "Alkohol jest dla ludzi!", "Trzeba pić z głową!", "Trzeba znać umiar!" to hasła, które dla większości z nas są oczywistością. Nie trzeba się zastanawiać, bo picie alkoholu nie łączy się z żadnymi - no, może poza wspomnianym już lekkim bólem głowy - konsekwencjami. Wojtek, 27 lat (znak szczególny - spora blizna na przedramieniu, po uderzeniu szklanką piwa): Bo lubię! Jak powiedział Himilsbach, picie wódki wprowadza do szarej rzeczywistości element baśniowy. Asia, 30 lat: Teraz właściwie piję rzadko, czerwone wino albo jakiś drink dla relaksu i nastroju, z mężem, ze trzy razy do roku na spotkaniu z koleżankami lub w gościach. Właściwie tak… bez powodu, coś trzeba pić. Piję towarzysko, bo inni piją. Gdy byłam nastolatką miałam taki okres, że piłam bardzo dużo i to raczej nie było normalne. Chciałam być wyjątkowa w grupie. Na osiedlu były dziewczynki z bardzo dobrych domów albo takie "puszczalskie". Nie należałam ani do jednych, ani do drugich. Musiałam znaleźć dla siebie niszę. Więc wymyśliłam, że będę piła lepiej - czyli więcej - niż chłopaki. Chyba nic to w moim życiu nie zmieniło, ta wymarzona pozycja w grupie nie została zdobyta. W którymś momencie przestałam. Chyba tylko dlatego, że znalazłam innych znajomych, zmieniłam środowisko. Później, w wieku dwudziestu kilku lat, miałam jeszcze taki okres, że sączyłam wieczorami wino. A czasem zaczynałam dużo wcześniej niż wieczorem. Brałam wtedy antydepresanty. Efekt był taki, że byłam jak za szybą, nic nie czułam, byłam odcięta. Nawet mi się to podobało. Dość szybko się jednak zorientowałam, o co chodzi i trochę przestraszyłam. Wtedy przestałam. Iza, 25 lat: Bardzo lubię smak słodkich alkoholi, to trochę jak słodycze, jeszcze lepsze nawet, bo z dodatkowym efektem. Kiedy odkryłam irish coffee, piłam ją stale. Właściwie już do pierwszej porannej kawy dolewałam adwokata czy inny słodki likier. Potrafiłam w ciągu dnia wypić kilka takich. I prawdę mówiąc byłam na lekkim rauszu cały dzień. Kiedyś siostra mi na to zwróciła uwagę. Pomyślałam, że to jednak dziwne i nie chcę tak. Przypomniała mi się moja ciotka, która zawsze była lekko wcięta. Dzieciaki ją lubiły, bo pozwalała na bardzo dużo i rozmawiała z nami jak z dorosłymi. Ale w rodzinie była "kimś gorszym", dziwadłem, wszyscy się z niej podśmiewali, lekceważyli ją. Skończyłam z codziennymi dolewkami alkoholu do kawy, ale czasem sobie pozwalam na taki "deser". Wiola, 34 lata: Kiedyś naprawdę lubiłam pić. Chyba nawet nie smak był najważniejszy, ale efekt. Ten fajny szumek w głowie, odwaga, fantazja. Było wesoło, przyjemnie, miło. Ludzie stawali się bardziej otwarci i interesujący. Zdarzały mi się niesamowite przygody. Tak poznałam mojego męża. Przez kilka lat byliśmy jak para z filmu. Piliśmy razem, podróżowaliśmy, mieszkaliśmy w drogich hotelach, kupowaliśmy piękne rzeczy. A potem nagle się zorientowałam, że on pije za dużo, więcej niż bym sobie życzyła, że staje się nieprzyjemny. Picie łączyło się coraz częściej z kłótniami i łzami. Sama piłam, żeby się odciąć albo popłakać. Z mężem nie chciałam - nie chciałam, żeby on pił. Ale alkohol i tak lądował na stole. Więc piłam, żeby… dla niego zostało mniej do wypicia. Michał, 26 lat: Nie piję prawie wcale, bo za każdym razem tak ciężko chorowałem, że to było bez sensu. Nie ciągnie mnie wcale, bo bardzo dobrze pamiętam, ile mnie to kosztuje i jak potem cierpię. Krzysztof: Nie wierzę w to, że nie można sobie powiedzieć dość. Wiem, ile mogę wypić i gdy robi się słabo, sennie, to kończę, idę na spacer albo spać i koniec. Ci, którzy nie wyhamowują, według mnie tak naprawdę nie chcą. Dostarczanie do organizmu chemicznej substancji psychoaktywnej, którą jest alkohol, działającej na układ nerwowy, ma niemal natychmiastowe skutki, przyjemne i ujemne - w zależności od ilości tej substancji (czyli stężenia alkoholu we krwi). Rausz, wesołość, rozluźnienie, większa otwartość, łatwość nawiązywania znajomości należą do najczęściej wymienianych zalet picia alkoholu. Bywa, że nasilenie fizycznych dolegliwości, będących reakcją organizmu na zatrucie substancją chemiczną spowoduje duże ograniczenie picia - po prostu nie zażywamy czegoś, co nam ewidentnie szkodzi. Innym kosztem picia mogą być nieakceptowane zachowania społecznie. Jeśli usłyszymy następnego dnia: "Trochę przesadziłeś z tymi śpiewami", czy: "Twój taniec na stole był dobry, cały lokal już cię zna", albo: "No, nieźle wyglądałeś z twarzą w sałatce", może nam się odechcieć picia na dłuższy czas. W każdym razie przystopujemy. Podobną decyzję wywoła niepokój o zdrowie, o to, że dalsze picie może grozić uzależnieniem, niechęć do ucieczki od rzeczywistości (skojarzenia z kimś, kto jest chory na alkoholizm). Tak zareagować i podjąć odpowiednie działania może ktoś, kto ma jeszcze możliwość normalnego łączenia faktów. Dla tych, którzy przekroczą pewną granicę - wolnego wyboru - słowo "umiarkowanie" nie ma już jednak racji bytu. Mariusz, 37 lat: Jako dziecko byłem strasznie zalękniony i zawsze gdzieś z boku. Bałem się odezwać, zwrócić na siebie uwagę. Potwornie się wstydziłem. I marzyłem, żeby być normalny, czyli nie bać się ani wstydzić. Kiedy miałem ze 13 lat, na koloniach zobaczyłem, jak chłopaki świetnie sobie radzą, bawią się na dyskotece, są śmiali, bez problemu podchodzą do dziewczyn. Ja bym się w życiu nie odważył! Wcześniej wypili trochę wina. Przeskoczyła mi w głowie jakaś zapadka i już wiedziałem, co trzeba zrobić. Po tych wakacjach całkowicie zmieniłem znajomych i zacząłem leczyć swój chorobliwy wstyd piwem albo tanim winem. Eksperymentowałem. Jakie ilości przyniosą jaki efekt. Czy więcej alkoholu to więcej luzu i mniej lęku? Wagary, picie od rana, potem wyjazd do internatu i całkowita wolność od jakiejkolwiek kontroli. W którymś momencie brak lęków - po alkoholu - równał się agresja i doły psychiczne, ale bez alkoholu lęki były nie do zniesienia, nieporównywalne do tych z dzieciństwa, które chciałem kiedyś wymazać i zacząłem to robić piwem. Katarzyna, 41 lat: Już nie piję, od paru lat. Za bardzo mi szkodziło. Ale lubiłam! Smak, i to, co robił mi w głowie. Zmieniałam się w kogoś fajniejszego niż byłam naprawdę. Tak mi się wydawało. Po paru drinkach byłam mądrzejsza, bystrzejsza, bardziej błyskotliwa. Ładniejsza, seksowniejsza. No, i odważniejsza. To niestety miało uboczne skutki - pakowałam się w niebezpieczne historie, traciłam kontrolę nad zdarzeniami i sobą. Jeśli alkohol zaczyna załatwiać coś innego niż miłą atmosferę podczas towarzyskich spotkań, jeśli staje się lekarstwem albo elementem niezbędnym, jeśli wprawia w stan, w jaki nic innego nie wprawia, w stan, o jakim marzymy, którego pożądamy - powinno zapalić się w głowie alarmujące czerwone światło! Bo gdy jakiś środek z zewnątrz zaczyna załatwiać za nas rzeczy, które powinniśmy wypracować sami, może to oznaczać, że jesteśmy na progu korytarza, który niebezpiecznie i nieuchronnie prowadzi stromo w dół. Niestety ci, których najbardziej to dotyczy nie chcą się przyglądać, zastanawiać, ani tym bardziej wycofywać. Bo nie chcą rezygnować z tego cudownego środka, który obiecuje, że wreszcie będą mogli normalnie - albo tak, jakby chcieli - funkcjonować. Być może sprawdzili już inne metody, może nawet nie próbowali ich szukać. Gdy już zapadka zapadła - trudno przestać. Przez pewien czas "lekarstwo" będzie działało. Przestaje stopniowo, niepostrzeżenie. Reakcja - trzeba przyjmować większe dawki, żeby osiągnąć ten sam poziom "odlotu". Czasem tego pierwszego, powalającego i oszałamiającego efektu nigdy już nie da się powtórzyć, ale podatny na uzależnienie umysł nie jest w stanie tego "złapać". Próbuje dalej. Żeby się zatrzymać musi się zdarzyć tragedia (choć nawet to nie zawsze działa), pijąca osoba musi osiągnąć swoje dno, czyli taki punkt, w którym konsekwencje zdecydowanie przewyższą - w jego czy jej własnych oczach - korzyści z picia. Jeśli doszło do uzależnienia jedyną jak dotychczas skuteczną metodą okazuje się całkowita abstynencja. Człowiek uzależniony, chory na chorobę alkoholową, nie jest bowiem w stanie kontrolować ilości wypijanego alkoholu. Pije do oporu, bez względu na wszystko. Nawet jeśli jednego dnia uda mu się - cudem, przypadkiem lub jakimś nadludzkim wysiłkiem - skończyć przed całkowitym upojeniem, zwykle wykorzysta to na korzyść choroby, czyli de facto na własną zgubę: "Jeśli potrafię nad tym zapanować, to o co chodzi? Mogę przestać kiedy zechcę. A teraz właśnie nie chcę!". Pomocne może okazać się pytanie: "Po co piję?" "Po co sięgam po alkohol?". Jeśli odpowiedź przypomina odpowiedzi Tomka, Krzysztofa i Piotra, wszystko jest w porządku. Gdy bliższe są odpowiedziom Asi, Izy i Wioli - warto się zatrzymać i zastanowić, co dalej. Zbieżności z opowieściami Mariusza i Katarzyny wymagałyby poważniejszych kroków. Po pomoc można zwrócić się między innymi do Anonimowych Alkoholików ( albo do ośrodków leczenia uzależnień. Katarzyna: Czy gdybym wiedziała, co będzie dalej, jakie poniosę konsekwencję, to bym nie piła albo jakoś picie ograniczyła? Nie sądzę. Obawiam się, że wtedy zrobiłabym wszystko, żeby udawać, że to mnie nie dotyczy. Alkohol był zbyt ważny, zbyt dużo mi załatwiał, mogłam na niego sporo zrzucić. Zrzucić przed samą sobą - choć się nie przyznawałam. Łatwiej było powiedzieć: Nigdy w życiu bym się nie zadawała z tymi ludźmi na trzeźwo, niż przyznać, że towarzystwo, do którego aspirowałam przerażało mnie, albo zwyczajnie nie chciało mi się wysilić, żeby tam w naturalny, normalny sposób wejść. Łatwiej było "po pijaku" zadawać się z byle kim, niż na trzeźwo zapracować na wartościowe przyjaźnie. Łatwiej było znaleźć wytłumaczenie, że nie ma dla mnie pracy, bo nie mam znajomości ani nie kradnę, niż pójść na wymagające, trudne studia, poświęcić pięć lat życia na ciężką pracę, naukę, włożyć wysiłek w zdobycie czegoś i zasłużenie na taką pracę… A ograniczenie, umiar? To było nie do pomyślenia! Bo ja lubiłam - wolałam myśleć, że lubię, a nie że muszę - wypić do dna, do oporu. Śmieszyło mnie picie jednego kieliszka przez całą imprezę. To było zupełnie bez sensu… Autorka prowadzi blog o uzależnieniach: Mika Dunin w "Antyporadniku" jest przewrotna aż do bólu. Bo niektóre jej obserwacje i uwagi autentycznie bolą. Albo irytują. I prowokują. Nie chodzi tu jednak o pustą prowokację. Bo ten dowcipnie i z przekorą napisany "poradnik" prowadzi wprost ku refleksji nad życiem, relacjami i wartościami. Refleksji bardzo budującej. Zdobądź swój ezgemlaprz już za 17,19 zł Książki autorstwa Meszuge o alkoholizmie - zobacz Nazywają mnie Meszuge, jestem alkoholikiem. W chwili obecnej alkohol nie stanowi problemu w moim życiu. Kiedy mówię coś takiego podczas mityngu AA, to zwykle znajdzie się ktoś, kto ironicznie spyta, po co w takim razie nadal chodzę na te mityngi. Odpowiadam... Chcę to przeczytać W alkoholu zakochałem się, będąc mężczyzną trzydziestoletnim. Nie była to więc miłość od pierwszego wejrzenia. Jednak nie mam najmniejszej wątpliwości, że szukałem jej, w pewnym sensie, od wczesnego dzieciństwa. Chcę to przeczytać Z alkoholizmem jest inaczej. Alkoholizm nie usprawiedliwia, alkoholizm zobowiązuje. Jak to możliwe, że to książka nie tylko dla alkoholików? Chcę to przeczytać "Fast food", "fast sex", "fast car" wyznaczają nam często drogę "na skróty", pokazując, że czekanie na spełnienie pragnień jest stratą czasu. Trzeba być ciągle w ruchu, żeby "coś się działo". A gdy tak nie jest, rozwiązaniem jest tabletka o piorunującym działaniu lub inny środek przywracający nam stan bycia na haju >> Dlaczego się uzależniamy? Dlaczego pijesz? - pytanie rzadko dzisiaj zadawane. Częściej można usłyszeć: Dlaczego nie pijesz? Bohaterowie tego filmu nie piją. Nie dlatego, że alkoholu nie lubią. Wręcz przeciwnie - kiedyś całkowicie zawładnął on ich życiem. Teraz to, co udało im się ocalić z powodzi piwa, wina i wódki muszą układać na nowo. Wszyscy piją >> Chcę to obejrzeć Filmy edukacyjne z serii: Uwaga życie! adresowane są przede wszystkim do młodzieży szkół gimnazjalnych i średnich. Pokazują problemy współczesnego świata, z którymi spotykamy się na co dzień.
Detoks. Słowo, które wprowadza niezręczne pomrukiwanie i kojarzy się jednoznacznie negatywnie. Robisz detoks, więc masz problem z alkoholem albo z narkotykami. Ewentualnie kupiłeś w Mango plastry Aikido. Jakiś czas temu zdecydowałem się na swój pierwszy alkodetoks. Czas idealnie mi zagrał, bo właśnie wróciłem z urlopu — miksu pubowania i wyjazdu na domek połączonego z odwiedzinami u kolegi — a już w perspektywie miałem Bracką Jesień w Cieszynie. Postanowiłem ten okres pomiędzy jednym piciem a drugim piciem przeznaczyć na odciążenie wątroby. Na detoks. Trwał dokładnie 2 tygodnie i 3 dni. Założyłem, że nie może być za krótko, ale też bez przesady, że stronię od alkoholu do Andrzejek. Ile alkoholu wypijałem dotychczas? I tak mniej, niż jakiś czas temu. Tak najchętniej odpowiadałem tym, którzy pytali. Mam ojca alkoholika, więc z alkoholem powinienem uważać. Raczej nie piję w każdy weekend; co sobotę nie zgonuję na wersalce, rzygając do miski. Owszem, miewam kaca, nawet po 2 piwach wieczorem. Nie przeholowuję, a w tygodniu — jeżeli nie ma czego „opijać” — nie piję ani kropli. Imieniny wujka kolegi z technikum nie są żadną okazją, by się napić. Promocja na dżem truskawkowy w pobliskim Tesco również nie. Jakiś czas temu założyłem, że alkohol staram się spożywać tylko raz w tygodniu. Detoks nie był mi więc potrzebny, aby spojrzeć na weekendowe picie z zewnątrz. Aby zobaczyć upodlonego co piątek człowieczka, robiącego głupoty. Był mi potrzebny, bo chciałem sprawdzić, jak się poczuję. Czy coś się zmieni w moim samopoczuciu i psychice. Postawiłem 3 konkretne pytania: Czy będę umiał wytrzymać bez alkoholu? Czy wyjście ze znajomymi będzie trudniejsze albo nieprzyjemne bez alkoholu? Czy poczuję się o wiele lepiej? Ciekawi, czy coś się zmieniło? Jeszcze momencik, bo ważny jest też odpowiedni setting :) Jak radzić sobie bez alkoholu? Brzmi jak pytanie rodem z AA? Nie jest jednak bezpodstawne! Był to sierpień. Słońce — jak mu się zachciało — wyglądało zza chmur. Wychodziło się wspólnie na plażę marznąć w 20°C, bo tegoroczne lato nad morzem było miksem późnej wiosny z wczesną jesienią i coś mu się nieźle poprzestawiało. Wszyscy inni brali z Fresha korpolagera czy nalewkę (Soplica, my love!), a ja o suchym pysku siedzieć nie zamierzałem. Wymyśliłem więc, że będę popijał piwa bezalkoholowe. Miały jednak za silną konotację ze zwykłym piwem, a do tego są ohydne i po jednym masz ochotę wylać resztę do kranu. Olałem to. Przerzuciłem się na kwas chlebowy i to był strzał w dziesiątkę. Dawno nic mi tak nie smakowało! Jest to jednak trunek specyficzny, dla większości niepijalny, przygotowałem więc małą listę zamienników. Niekoniecznie zdrowych, ale 4-pak na plaży do najzdrowszych też nie należy. Wśród zamienników alkoholu wybierałem spośród: soków NFC dobrej jakości (bezpośrednio tłoczone), napojów izotonicznych, mrożonych herbat, kefirów, maślanek, mlek acidofilnych (naturalnych) wysokozmineralizowanych wód mineralnych, soków warzywnych (buraczkowy, marchwiowy, wielowarzywny), soków „modnych” (np. z nasionami chia) i wód funkcyjnych (np. Oshee Witamin Water) Moim ulubieńcem został jednak kwas chlebowy, wymiennie z sokami warzywnymi. Taki karton soku pomidorowego to 200 kcal. Dobre i nie tuczy, a do tego mnóstwo potasu. Czy porzucenie piwa stanowiło jakiś problem? Absolutnie nie! Psychika raz, że mówiła mi „hej, stary, to zdrowsze!„, to jeszcze piłem coś nierzadko smaczniejszego od najlepszego piwa, jakie byłbym w stanie kupić w sklepie. Sok pomidorowy z tabasco jest lepszy od każdego eurolagera, a kwas chlebowy swoim aromatem miażdży każde ciemne piwo z osiedlowego marketu. Przejdźmy jednak do najważniejszego. Odczucia psychiczne i fizyczne po odstawieniu alkoholu Mógłbym wymieniać i wymieniać, skupię się jednak na tych najwartościowszych. Nie odczułem skutków negatywnych. Możecie się śmiać, ale alkohol to przecież substancja o działaniu psychoaktywnym. Piję go regularnie od lat, więc odstawienie po takiej ekspozycji powinno mieć na mój organizm jakikolwiek negatywny wpływ. Tak mi się zdawało. Nic. Zero. Żadnych drgawek, wzmożonej potliwości, majaków sennych, białych myszek, spadku serotoniny, bólów głowy czy rozkojarzenia. Nic z tych rzeczy. Nie płakałem też, bijąc pięściami w drzwi pobliskiej modrowni, celem oszmacenia 3 Warek z syropem (bo inaczej tego świństwa się pić nie da). Nie wyrywałem się też wieczorem pod Fresha i nie lizałem szyby z Krupniczkiem bijącym po oku blaskiem wódczanym niczym na polach lubelszczyzny lśniące pszenicy łany. Za to lista pozytywnych skutków zaskoczyła mnie jak ceny masła w hipermarkecie. Gotowi? Poprawiła się jakość snu — i tak śpię mocno i nie budzę się w nocy, ale zasypiałem jeszcze szybciej. Rano wstawałem bez zamułki, łatwiej łapałem „rytm dnia”. Nie było może tak, jak w reklamach kaw rozpuszczalnych z amfetaminą, ale o wiele chętniej ruszałem do pracy. Ani razu nie obudziłem się „zaklejony”. Czułem się bardziej zmotywowany i gotowy do działania w ciągu dnia — miałem ochotę pisać, pracować, robić ciekawe rzeczy. Do głowy wpadało więcej pomysłów. Byłem bardziej rozgadany (przerąbane, bo i tak sporo gadam), robiłem więcej planów i wszystkim bardziej się cieszyłem. Trochę jak na jakiejś fazie. Lekki serotoninowy rush. W ciągu dnia nie odczułem ani razu spadku energii — cudowne uczucie. Po posiłku czy pod wieczór nierzadko łapie się lekką zamułkę. Na 2 tygodnie zapomniałem, jak to jest chcieć położyć się na chwilę w dzień. W ogóle tego nie było. Jak ręką odjął. Nie bywałem senny i przymulony — a w ciągu dnia czasami energetycznie „tąpnę” i idę po kawę. W zasadzie mógłbym nie pić kawy czy yerby. Przez cały dzień utrzymywałem stały poziom energetyczny, zamiast klasycznej sinusoidy. Więcej się uśmiechałem — czerpałem więcej przyjemności z codziennych czynności i czułem się po prostu lepiej. Nie twierdzę, że stałem się z dnia na dzień mówcą motywacyjnym i wulkanem energii, jednak gdyby w skali 1 do 10 zobrazować moje samopoczucie przed detoksem, to oscylowałoby ono między 5 a 7. Po detoksie było to między 7 a 8. Spory skok, za darmo, bez stymulantów, lekarza i tabliczki czekolady dziennie. Ktoś powie: „człowieku, ale jak nie piłeś w tygodniu, to przecież we wtorek powinieneś być jak nowy!” I tutaj leży pies pogrzebany. Jak się dobrze popije, to okazuje się, że człowiek przez 4-5 dni dochodzi do siebie. W piątek masz powera na imprezę, w sobotę umierasz i w czwartek czujesz się okej. Koło się zatacza, znów jest piątek i walisz cztery shoty Żołądkowej pod tatara. Nie mówię, że każdy tak ma, ale u mnie się sprawdziło. Do tego dochodzi niedospanie z weekendu. Dodatkowe obserwacje detoksowe Prócz pozytywnego wpływu na kondycję psychofizyczną, odnotowałem również: Spadek wagi — piwo tuczy (bezpośrednio i pośrednio), a ponadto wzmaga apetyt. Po kefirze nie miałem ochoty na hot-doga z Orlenu czy kebsa. Zaoszczędzałem kalorie na piwie. Wątroba i układ hormonalny pracował lepiej, a odstawiając alkohol, skupiałem się też na tym, aby przy okazji sensownie jeść. W 2,5 tygodnia spadł około 1 kilogram. To sporo. Inni pili w moim towarzystwie mniej, albo wcale — mega zaskoczenie! Kiedy rezygnowałem w sklepie z alkoholu, ktoś stwierdzał, że w sumie nie musi tych dwóch piwek. Następowała reakcja łańcuchowa, aż ostatnia osoba nie chciała pić sama i też wybierała zamiennik. Na pewno pomagał tu fakt, że trzymam się z dość „fit” ekipą, a nie z moczymordami, chcącymi napić się przy każdej okazji. Zamieniliśmy spotkania przy alkoholu na spotkania przy czymś innym — najlepiej wypada tutaj deska serów. Dobre sery są tak intensywne, że nie ma ich co niszczyć alkoholem. Polecam! Po zakończonym detoksie miałem o wiele słabszy łeb — alkohol szybciej do mnie trafiał i szybciej upijał. Nie umiałem tego ogarnąć. Odczułem to, kończąc detoks. Wieczorem miałem Polskiego Busa do Katowic, wypiłem więc u kolegi butelkę lekkiego białego wina na „zmułkę”. Przed detoksem byłbym lekko podpity, a tutaj już w tramwaju poczułem się na konkretnej bombie. W Katowicach obudziłem się skacowany i wymięty. O tyle dobrze, że większość trasy przespałem. Niezwykle ciągnęło mnie do dobrego piwa — taka przerwa spowodowała, że czytając recenzje kraftów niemalże śliniłem się do monitora. Wyobrażałem sobie smaki i aromaty. Od natłoku aromatów odpoczął mój mózg. Pamiętacie swoje pierwsze dobre piwa? Czułem się podobnie jak na początku kraftowej drogi. A to tylko 2,5 tygodnia. Piwo sprawiało mi jeszcze większą frajdę. Obserwacja: powiedz ludziom, że robisz detoks. Uznają, że masz problemy z alkoholem, skoro podejmujesz radykalne kroki. Ale na co dzień, jeżeli popijasz piwo, także uważają, że to źle. Że popijanie na co dzień prowadzi do alkoholizmu. W naszym kraju jedynym normalnym wyjściem wydaje się więc upodlenie raz na tydzień. To jest spoko, wtedy jesteś normalny ;) Spostrzeżenie z pubów i multitapów Postanowiłem poświęcić osobny akapit obserwacji z miejsc piwnych. Dwie kwestie bardzo mnie uwierały i mam nadzieję, że właściciele na przykład multitapów wezmą sobie do serca moje uwagi. Rozumiem doskonale, że do burdelu nie idzie się potrzymać za rękę. Do restauracji nie wchodzę po kebaba, a jeśli chciałbym poczytać w ciszy, raczej ominę kluby nocne z muzyką elektroniczną. Jednakże gastronomia, mająca na celu dostarczenia miejsca do spotkań towarzyskich, powinna wyjść choć trochę naprzeciw oczekiwaniom klientów i pomyśleć o pewnej kwestii. O napojach bezalkoholowych. Większość dobrych knajp z piwem nie zwraca chyba na to uwagi, ale jako koleś na detoksie w mig dostrzegłem problem. W multitapach i pubach nie ma sensownych alternatyw dla alkoholu. Wybór ogranicza się przeważnie do jednego hipsternapoju, drugiego hipsternapoju i ewentualnie Coca-Coli z tak kosmiczną marżą, że miałem ochotę przerwać detoks i wypić lekkiego kwasa. Cena za butelkę piwa wyższa o te 2-3 złote jest zrozumiała. Ale podbijanie ceny za buteleczkę Fanty do horrendalnych 6 czy 7 złotych i zrównanie jej niemalże z piwem to jakiś absurd. Pomijam już hipsterskie lemoniady, gdzie płaci się za to, że trzymasz marketing w dłoni. W ogóle Yerbata czy Mio Mate — jeśli ktoś pija yerbę — to jest śmiech na sali odbijający się długim echem. Nie rozumiem, dlaczego na miejscu nie można zaserwować kwasu chlebowego, podpiwku, nieszczęsnego Radlera, Hopiniad, wód chmielowych czy podobnych specyfików. Mrożonej herbaty chociażby. Piw bezalkoholowych praktycznie też nie ma, ewentualnie Bavaria za gruby hajs. Podziękuję. Czy ktoś zechce mi to wyjaśnić? Może taka jest polityka w każdym prawie lokalu? Może komuś to nie na rękę? Druga obserwacja — w sklepach brakuje dobrego piwa bezalkoholowego i niskoalkoholowego. Ta nisza jest wciąż niezagospodarowana! Od kormoranowego „1 na 100” nikt nie pokusił się o podobne pierdzielnięcie. Piwa bezalkoholowe są okropne, każdy Radler 0% smakuje lepiej od nich. Alternatywą zostają lemoniady chmielowe, wody chmielowe, podpiwki i kwasy chlebowe (jeśli ktoś lubi). Dla kogoś, kto chciałby poczuć smak piwa, nie ma jednak wyjścia. Może wybrać między jedną wodą z brzeczką a drugą wodą z brzeczką. Czy wiecie, że dorwanie kwasu chlebowego nawet w hipermarkecie graniczy z cudem? Dlaczego więc nie zostać abstynentem? I tu Was nieźle zaskoczę. Były chwile, kiedy rozważałem taką opcję :) No dobra, może nie całkowitą abstynencję, ale odpowiednik fleksitarianizmu. Alkohol tylko przy odpowiedniej okazji, a na co dzień kranówa. Kwas chlebowy zamawiałbym na cysterny, a obok bloku otworzyłbym fabrykę soków Dawtona czy innej Fortuny. Nie zostałem i nie zostanę abstynentem, bo lubię wypić dobre piwo czy whisky w towarzystwie. Po detoksie spojrzałem jednak całkowicie inaczej na alkohol. Zauważyłem, że przez cały czas podtruwa organizm i przekonałem się, że można bez niego żyć. Dokonałem również kilku obserwacji społecznych. Postanowiłem też jeszcze bardziej ograniczyć alkohol. To przyszło samo. Uznałem po prostu, że nie warto tak często pić. Każdemu z Was polecam taki detoks. Większość z Was nie podejmie się próby, wielu by się zapewne nie udało. I to ostatnia obserwacja. Skoro nie jesteśmy alkoholikami, to dlaczego tak trudno zrezygnować nam z alkoholu choćby na tydzień…? Spodobał Ci się ten tekst? Uważasz, że obserwacje poczynione na detoksie są wartościowe? A może sam chcesz podjąć się takiego odtruwania? Pacnij w like, abym wiedział, że komuś „wjechałem na psychikę” :) PS > Na początek przyszłego roku planuję miesięczny detoks :)
Czy trudno jest wytrzymać miesiąc bez alkoholu? Nawet jeżeli na co dzień stronimy od mocnych trunków, to przecież okazji do wypicia jest wiele. Zobacz film: "Jak alkohol wpływa na zdrowie?" Lampka wina wieczorem na rozluźnienie po stresującym dniu, kilka kieliszków wódki z okazji urodzin znajomego w weekend, małe piwo podczas oglądania meczu. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile alkoholu wypijamy w ciągu miesiąca! A co by było, gdyby nagle całkowicie z niego zrezygnować? 1. Czy Polacy naprawdę piją dużo alkoholu? Według statystyk, na przeciętnego Polaka przypada rocznie 10 l czystego alkoholu. I chociaż stereotypy o Polakach głoszą, że do abstynentów nie należymy, to na tle państw europejskich wcale nie wypadamy tak najgorzej. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia: jesteśmy dopiero w drugiej dziesiątce państw w Europie o najwyższym spożyciu alkoholu. Dlaczego pijemy? Przede wszystkim po to, aby się wyluzować i zrelaksować. Alkohol ułatwia i umacnia kontakty z ludźmi, sprawia, że stajemy się odważniejsi oraz przeżywamy odmienne stany psychiczne. Ponadto znieczula, uśmierza przykre uczucia i pomaga oderwać się od problemów. Niestety, kiedy wytrzeźwiejemy, wracają one do nas jak bumerang. 2. Jak psychika reaguje na abstynencję? Jakby nie było, niewielkie ilości alkoholu pozytywnie wpływają na zdrowie. Ale czy potrafimy zachować umiar w piciu? Naukowcy postanowili sprawdzić, co dzieje się w organizmie po miesięcznej abstynencji. Jedno z takich badań zostało opisane na łamach pisma psychologicznego „Health Psychology”. W badaniu uczestniczyło 857 dorosłych Brytyjczyków, którzy mieli za zadanie wypełnić kwestionariusze miesiąc oraz pół roku po zakończeniu „suchego miesiąca”. 64 proc. badanych w ogóle nie piło alkoholu w wyznaczonym przez naukowców czasie. Badanie wykazało, że po okresie abstynencji badani rzadziej sięgali po alkohol, a jeśli już zdarzało im się pić, to robili to ze znacznie większym umiarem niż przed okresem abstynencji. Co najbardziej zaskoczyło badaczy to fakt, że w ogóle nie zaobserwowano „efektu odbicia”, a więc przypadku, w którym po okresie niepicia badany chciałby nadrobić czas bez alkoholu z nawiązką. Picie alkoholu / 123RF 3. Jak ciało reaguje na abstynencję? Podobny eksperyment postanowili zrobić dziennikarze z magazynu "New Scientist". 14 osób przeprowadziło rutynowe badania, a następnie dziesięciu z nich przez pięć tygodni w ogóle nie piło alkoholu, a czterech spożywało go tak samo, jak robili to dotąd. Po upływie założonego okresu abstynencji, dziennikarze wykonali badania ponownie. Jak przedstawiły się wyniki? U tych osób, które nadal piły alkohol nie odnotowano żadnych zmian. Natomiast u panów, którzy przez ponad miesiąc nie pili alkoholu, zawartość tłuszczu w wątrobie zmniejszyła się o 12-15 proc.! Ale to nie wszystko. U tymczasowych abstynentów poziom glukozy we krwi spadł o 16 proc, cholesterol obniżył się o 5 proc., a ponadto badani schudli średnio o 1,5 kg. Oprócz efektów fizycznych, dziennikarze zauważyli, że poprawiła się u nich pamięć i zdolność koncentracji, a także lepiej śpią. Jedyne negatywne skutki niepicia zdaniem osób badanych, dotyczyły kontaktów społecznych. Jak widzimy, detoks przyda się każdemu. Wystarczy miesiąc abstynencji, aby poprawić swoje wyniki badań i cieszyć się lepszym zdrowiem. polecamy
Nie da się ukryć, że picie alkoholu jest przyczyną wielu problemów zdrowotnych i kategorycznie nie powinny go spożywać kobiety w ciąży. Nadużywanie tej szkodliwej substancji w postaci np. piwa, wina, wódki lub innych trunków potrafi wyniszczyć zresztą każdy organizm, niezależnie od wieku i płci. Mimo to naukowcy podają, że alkohol w małych ilościach może mieć pozytywny wpływ na zdrowie, ale nie dla wszystkich. Odkryto granicę wieku, po której mają pojawiać się pewne zalety spożywania alkoholu. Cudowna pigułka na kaca wyprzedana w 24h. Polacy z pewnością zainteresowaniOj, było pite, było i jest nadal. A wątroba szarpie, prawda?Picie alkoholu za młodu zmienia chemię mózgu. Naukowcy właśnie znaleźli sposób na odwrócenie tego procesu Wedle badań, o których wspomina portal w 2020 r. aż 1,34 mld ludzi wypiło szkodliwą ilość alkoholu. Wśród nich przeważali mężczyźni (1,03 mld) względem kobiet (0,31 mld). Większość z nich to przy tym ludzie z grupy wiekowej 15-39 lat, bo to właśnie oni stanowią 59,1 proc. osób nadużywających zatrważające o tyle, że właśnie w tej grupie wiekowej nie odnotowano żadnych zalet spożywania tej substancji, a jedynie potencjalne problemy. Osoby w wieku od 15 do 39 lat jedyne, na co mogą liczyć, to ryzyko wystąpienia u nich chorób rozwijających się w wyniku spożywania przez nich trunków. Czy picie alkoholu ma zalety? The Lancet zbadało szkodliwość alkoholu w zależności od miejsca zamieszkania, wieku i płci. Wyniki wskazują na to, że alkohol robi się mniej szkodliwy wraz z wiekiem, a dla osób w wieku 40 lat lub starszych spożycie alkoholu może mieć nawet pewne plusy: zmniejsza ryzyko chorób serca, udaru i jednak podkreślić, że mowa tutaj o spożywaniu naprawdę niewielkich ilości alkoholu, czyli np. do dwóch kieliszków wina na dzień (a nie od razu całej butelki). Do tego dotyczy to wyłącznie osób po 40, które nie cierpią na inne choroby (zwłaszcza takie, w przypadku których alkohol jest niewskazany). Autorzy badania zgłaszają przy tym potrzebę aktualizacji informacji o szkodliwości alkoholu W ich mniemaniu informacje o dopuszczalnej ilości spożytego trunku powinny brać pod uwagę wiek osoby pijącej, a nie jedynie to, czy jest to osoba pełnoletnia, czy nie. Osoby przed czterdziestką są najbardziej narażone na szkodliwe skutki picia i nie powinny spożywać nawet 1 porcji alkoholu osób w wieku od 40 do 64 lat jako bezpieczna ilość spożywanego alkoholu uznane zostało do maksymalnie dwóch standardowych porcji alkoholu. Osoby w wieku powyżej 64 lat mogą pić do trzech porcji, co zostaje uznane przez naukowców za bezpieczne. 1 porcja to zaś 10 gram czystego alkoholu, czyli np.: kieliszek czerwonego wina (100 ml, 13 proc. objętości alkoholu);puszka lub butelka piwa (375 ml, 3,5 proc. objętości alkoholu);shot wódki albo whiskey (30 ml, 40 proc. objętości alkoholu). Niestety wedle badań spożycia alkoholu w 204 krajach wśród osób nadużywających tej substancji większość to właśnie ludzie w wieku od 15 do 39 lat. Do tego przedstawiciele tej grupy najczęściej ulegają urazom wynikającym ze spożycia alkoholu, do których zalicza się wypadki drogowe, samobójstwa i zabójstwa.
dlaczego nie piję alkoholu